4 grudnia 2017

Wesołe jest życie foczki - czyli kilka słów o morsowaniu

Odkąd zaczęłam aktywnie spędzać czas i spotykać równie aktywnych ludzi zaskoczyło mnie to, że większość z nich późną jesienią zaczyna się przeobrażać w morsy. Nagle w mediach społecznościowych zaczyna się prawdziwe morsowe szaleństwo, które skutkuje wysypem fotorelacji z mniej lub bardziej dzikich sesji kąpielowych. Brrrrrrr... no psychopaci jacyś. Jak tak można z własnej i nieprzymuszonej woli pakować się do lodowatej wody i to jeszcze ponoć dla zdrowia? Nie rozumiałam tego dopóki sama nie spróbowałam...


To wszystko wina Maksa, czyli siostrzeńca mojego Męża. On sam zaczął swoją morsową przygodę w zeszłym roku i zasiał w mojej głowie ziarnko ciekawości. No bo skoro tylu biegaczy lubuje się w zimnych kąpielach, to musi w tym być coś fajnego. Zawsze jednak znajdowałam jakąś wymówkę, a to nie ma mnie w mieście, a to jestem przeziębiona, a to Młodszego nie ma z kim zostawić... i tak na wykręcaniu się minął mi sezon.
Dlatego, kiedy pod koniec września padło hasło "zaczynamy sezon" dwa razy się nie zastanawiałam. I była to jedna z najlepszych decyzji w moim życiu.


O strachu nie było mowy. Jego miejsce zajęła niczym niepohamowana ekscytacja i chęć poznania czegoś nowego. Oczywiście przeczytałam kilka "relacji" wyszperanych przy pomocy wujka Google i wszystkie one sprowadzały się do jednego wspólnego stwierdzenia, a mianowicie "raz wejdziesz i już nie będziesz chciał przestać". I wierzcie mi... TAK WŁAŚNIE JEST :-) 
Wrażenia same z siebie są niesamowite. Pierwsze wejście do wody zawsze okupione jest piskiem i niekontrolowanym chichotem. Dlatego nawet tym, co przezywają swój "pierwszy raz" polecam dwa wejścia podczas jednej sesji. Dlaczego? Bo jest RÓŻNICA! Po pierwszym moczeniu (1,5-5 minut) trzeba się trochę poruszać i wejść do wody rugi raz. Za drugim razem, kiedy ciało jest już wystarczająco znieczulone, ponowne zanurzenie nie stanowi już żadnego problemu.


Z tygodnia na tydzień grono zaczęło mi się powiększać. W dwie soboty zażywałam kąpieli w parze z koleżankami z liceum. W jedną sobotę była to Sandra, w następną - Agnieszka. Moje piąte morsowanie spędziłyśmy już w piątkę.


Z tygodnia na tydzień "zarażamy" coraz więcej babeczek... i nie tylko, bo również mąż Agnieszki złapał morsowego bakcyla.


Jeśli gdzieś tam w  tyle głowy tli Wam się myśl, żeby spróbować, to nie zastanawiajcie się długo. Morsowanie to wspaniała przygoda z niesamowitymi wrażeniami. Sama na sobie odczuwam korzyści płynące z zimnych kąpieli. Jak do tej pory udało mi się nie załapać żadnego, mniejszego lub większego, przeziębienia, a moje zatoki są na niego bardzo podatne. No i te szalone endorfiny :) Z resztą sami zobaczcie...


Dziarskie Foczki pozdrawiają i zapraszają. Jeśli jesteście ze Szczecina lub okolic, to spotykamy się w każdą sobotę o godzinie 11:30 na terenie kąpieliska przy jeziorze Głębokim. Oprócz stroju kąpielowego i ręcznika zabieramy ze sobą czapkę i rękawiczki, buty do wchodzenia do wody (kryte klapki na początek w zupełności wystarczą, jak się spodoba wtedy trzeba pomyśleć o butach z pianki dla nurków) mały ręcznik pod nogi i coś gorącego do picia w termosie. Ot i wszystko. Po wszystkim endorfiny będą szaleć do wieczora, więc dobry nastrój gwarantowany ;) Ktoś się skusi, a może już morsował i podzieli się wrażeniami? Zapraszam do komentowania ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz